Jak jest na Węgrzech?

Nie wspominałem Wam jeszcze o tym, że od dwóch lat prowadzę listę mych życzeń. A z racji, że z zamiłowania jestem podróżnikiem zapisuję tam głównie miejsca, które chcę zwiedzić. Jednym z pierwszych krajów do zwiedzenia, które wpisałem na nią były Węgry. Bo w końcu tyle razy w życiu słyszałem teksty typu: ,,Polak, Węgier, dwa bratanki, i do szabli szklanki”. Więc sam postanowiłem zobaczyć jak tam jest i czy na prawdę tak lubią nas Polaków. Podobno nikt na świecie nas nie lubi, tylko Węgrzy nam zostali. A jak to właściwie jest z tą naszą zażyłością?

 

 

Pierwsze wrażenie

Węgry, a ściślej to stolicę Węgier odwiedziłem pod koniec lipca tego roku. Pierwsze wrażenie nie było zbyt dobre. Najpierw kilka ostatnich kilometrów jechaliśmy ponad godzinę pociągiem. Większość czasu pociąg stał na obrzeżach miasta. Gdyby chociaż było na co popatrzeć przez okna, a tam same krzaki. Potem, gdy już dojechaliśmy, okazało się, że nie ma tak dużej wolnej skrytek na bagaż, które pomieściłyby nasze torby. A w Niemczech  to zawsze były i to nawet zbyt duże. Dobra, mniejsza z tym. Po prostu wzięliśmy walizki ze sobą i udaliśmy się do najbliższej restauracji. Po drodze zaczepiło nas kilku bezdomnych prosząc o kilka forintów. Ja oczywiście odpowiadałem moją ulubioną formułką na takie sytuacje:,, Niestety mam pieniądze tylko na karcie. Może ma Pan terminal?” Lecz nie jest to zbyt rozsądne, gdyż mogłoby ich to rozwścieczyć. Na szczęście węgierscy bezdomni byli bardzo mili i znali się na żartach. A najlepsze to to, że zrozumieli to co do nich mówię po angielsku. W Polsce to mało kto ze starszych ludzi zna ten język. Potem poszliśmy szukać naszego apartamentu. Okazało się, że wynajęliśmy naprawdę ładny lokal, lecz w naprawdę obrzydliwej kamienicy. Właściciel chciał najwidoczniej zaoszczędzić jak najbardziej na budynku dla swoich apartamentów. Tak ogólnie to pierwszy kontakt z tym krajem nie był zbyt udany. Ale my się nie zraziliśmy i zaraz po rozpakowaniu toreb poszliśmy na podbój miasta. A uwierzcie mi, że jest co zwiedzać.

 

 

Dobrzy w angielskim

Pierwsze co mnie zaskoczyło, to to o czym już wcześniej wspominał, a mianowicie o tym, że każdy w tym małym kraju świetnie rozumie i mówi po angielsku. Czy pytaliśmy starsze osoby, czy młodsze, z wszystkimi potrafiliśmy się dogadać. A uwierzcie mi, że pytaliśmy dosłownie o wszystko. Tak to jest jak się pierwszy raz odwiedza obce kraje.

 

Jak za komuny w Polsce

Wielu ludzi uprzedzało mnie, że pierwsze z czym skojarzą mi się Węgry to obrazy polskiej rzeczywistości z czasów komunizmu. Wprawdzie, nie było mnie w tych latach na świecie, lecz z opowiadań rodziny, różnego rodzaju filmów historycznych i fotografii mam pewne pojęcie o tym jak wtedy wyglądała Polska. I dokładnie wyobrażałem ją sobie tak samo jak wygląda dziś kraj naszych braci, Węgrów. Od starych, szarych kamienic po stare tramwaje i metro pamiętające pewnie lata 90 ubiegłego wieku. No może przesadzam, ale na prawdę nasza komunikacja miejska, na którą wszyscy tak narzekamy jest o kilkadziesiąt lat do przodu przed komunikacją miejską na Węgrzech. Już nie mówię o ile lat wyprzedzają ich takie Niemcy. U nas nowoczesne, ładne stacje,  a u nich coś takiego:

Fot. budapesten.blogspot.com

Aż strach tam samemu się zapuszczać.



 

Mili Węgrzy

To co mi się najbardziej tam spodobało to to, że nie doświadczyłem zawodu w związku z tymi opowiadaniami o przyjaźni polsko-węgierskiej. Jak tylko komuś mówiliśmy skąd jesteśmy, od razu pojawiał się uśmiech na ich twarzach. I zaczynali nam opowiadać historie naszej przyjaźni. I to było najciekawsze, że np. my wiemy o tym, że niby się lubimy z Węgrami jako narody, lecz mało kto w Polsce wie skąd ta przyjaźń się wywodzi. A oni, zwykli obywatele Węgier wiedzą wszystko. Ja na szczęście przed wyjazdem poczytałem trochę o tym. I nie musiałem udawać, że wiem o co chodzi, tylko mogłem normalnie o tym porozmawiać. Na prawdę każdy kto z nami rozmawiał zachowywał się tak samo. Jeden Pan kelner z restauracji opowiadał nam o tym, że w połowie jest polakiem, lecz niestety mało umie w naszym języku. Ale za to regularnie odwiedza nasze znane miasto – Zakopane.

Nie zdziwcie się proszę, gdy zawitacie na Węgrzech, że ludzie będą Was zaczepiać. W naszym przypadku najczęściej wyglądało to tak: Idziemy sobie po mieście i rozmawiamy po polsku. I jakiś Węgier od razu podchodzi i mówi do nas jakieś miłe słowa w naszym języku, np. Dzień dobry, Jak się masz, czy Cześć. Oczywiście nie brzmi to poprawnie, ale szacunek dla nich, że się tak starają. A  potem zawsze dochodzi do dłuższej, ciekawej rozmowy.

 

Podobne ceny

Nie łudźcie się, że skoro jest tam leka inflacja i polski zloty jest 10 razy droższy od węgierskiego forinta, to kupicie tam wszystko o wiele taniej. Bo niestety ceny są bardzo podobne do tych u nas, a nawet niektóre rzeczy wychodziły drożej. W ogóle dziwnie tak na początku jest się przestawić, że za wszystko musimy płacić tysiącami.

 

I to by było na tyle. Niedługo planuję napisać Wam szczegółowo jak zwiedziłem stolicę Węgier. Zapraszam Was do polubienia mojej strony na facebooku, aby nie ominęły Was następne wpisy. Do zobaczenia!

https://www.facebook.com/podrozeposwieciepl/?view_public_for=2078692412143499

 

About the author

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o